15 października wybraliśmy się do Teatru U Przyjaciół , który znajduje się w Poznaniu, na strychu pewnej kamienicy...
 Na scenie zobaczyliśmy panią praktykantkę, która w ostatnim czasie prowadziła lekcje języka polskiego w klasie Ic, IIb i IIIc.
 Pojechaliśmy na prapremierę spektaklu pt.: "Dzień Blooma", na podstawie "Ulissesa" J. Joyce'a. Jak było? Wystarczy kliknąć Wiecej... ;)
Wybierając się na ten spektakl, byłam przygotowana na zwykłe przedstawienie, sztukę, która nie wniesie nic do mojego życia, o której z czasem zapomnę. Po prostu kolejna wycieczka klasowa do teatru...
 Do Poznania dotarliśmy około godziny 17.00. Kiedy doszliśmy na miejsce (ulica Mielżyńskiego 27/29), nie musieliśmy zbyt długo czekać, gdyż na wizytę u państwa Bloomów byliśmy umówieni na 17.30. Państwo Bloom i ich przyjaciele zostali powołani do życia przez grupę studentów o ogromnej pasji i talencie, z kart powieści irlandzkiego pisarza, Jamesa Joyce'a, pt. „Ulysses”.
 Od razu zwróciłam uwagę na miejsce, w którym znajduje się Teatr u Przyjaciół. Jest to podwórze przypominające mi swoim wyglądem jakieś tajemnicze baśniowe miejsce, a w pobliżu biblioteka, księgarnia i malutka, lecz przytulna i gościnna Kawiarnia u Przyjaciół. Nagle ze stojącej naprzeciw kamieniczki wyszedł mężczyzna, zupełnie niepasujący do rzeczywistości, ubrany w kabat, a na jego nosie malutkie, komiczne okulary. Upomniał rozgadaną młodzież, krótko się przedstawił i zaprosił nas do mieszkania Bloomów.
 Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, teatr mieścił się na strychu kilkupiętrowego budynku. Na ścianach klatki schodowej wisiały dziwne rysunki, zapewne z jakiegoś czasopisma. Kiedy wreszcie dotarłam na samą górę uderzył mnie dziwny zapach- zapach papieru, starości. Doznałam wrażenia, jakbym przeniosła się kilka wieków wstecz. Okazało się, że przygotowano dla nas poduszki, na których mieliśmy siedzieć przez całe dwie godziny. Nie byłam zachwycona tą perspektywą... Lecz potem doznałam miłego zaskoczenia. Od sceny inspiromentalnej (jedna z trzech scen; jest jeszcze scena absurdystowska i muzyferyczna) nie dzieliła mnie duża przestrzeń, co pozwoliło mi później wczuć się w specjalnie stworzoną rzeczywistość. Tak mała odległość od wszystkiego, co działo się na scenie, była dokładnie przemyślanym i chyba najlepszym elementem scenografii, która, moim zdaniem, była bardzo realistyczna i doskonale spełniała swoją rolę.


 Dekoracje zrobiły swoje. Zasłony oddzielające od siebie trzy wcześniej wspomniane sceny wyznaczały mieszkanie głównego bohatera i czyniły je wiarygodniejszym. W przypadku tradycyjnej sceny, która kojarzy mi się z zamkniętym pudełkiem i w pewien sposób ogranicza pojmowanie danej sytuacji, trudno skupić się na tym, co dzieje się na niej dzieje. Natomiast w Teatrze u Przyjaciół wszystko współgrało ze sobą, tworzyło całość. Nie można było praktycznie skoncentrować się na niczym innym, niż śledzeniu poczynań aktorów. Odniosłam wrażenia, jakbym również była na scenie...To ogromny plus przedstawienia jako pewnej formy komunikacji.
 Dość dziwnym przedmiotem, znacznie wyróżniającym się na tle staroci i zabytków stanowiących wyposażenie "mieszkania" był ekran, na którym wyświetlane było m.in. zdjęcie Bloomów oraz krótkie filmy. Takie śmiałe i innowacyjne rozwiązanie nadało całej scenografii zupełnie innego znaczenia i tajemniczości.
 Jeżeli zadaniem stroju artysty jest jak najwierniejsze odwzorowanie oryginału i wiarygodność, kostiumy postaci ze sztuki zdały ten egzamin na szóstkę. Nawet dość nieestetyczna odzież Stefana Dedalusa wyglądała na nim dostojnie i wzbudzała we mnie szacunek do minionych stuleci... Każdy detal garderoby był dopracowany z wielką starannością i nie było mowy o jakiejkolwiek wpadce. Bynajmniej ja żadnej nie zauważyłam, a przecież dokładnie analizowałam tę część scenografii w nadziei, że doszukam się jakiegoś błędu i z miną fachowca opowiem to komuś, kto zechce wybrać się na „Dzień Blooma”.
 Jedyne, czego mogłabym się jeszcze uczepić to rekwizyty wykorzystane w sztuce. Ale i tu spotkał mnie zawód. Znów wszystko bez zarzutu. Nawet nóż, którym Malahi Mulligan kroił smakowicie wyglądający chleb nosił wyraźne ślady starości, a drukowana specjalnie na potrzeby sztuki gazeta „Freeman's Journal” wciągnęła mnie jeszcze głębiej w świat Blooma. Książki czytane przez Molly Bloom pamiętały chyba jeszcze słynną Bibliotekę Aleksandryjską. Nawet nereczki, tak wychwalane przez Dlugacza, wylądowały na patelni Leopolda Blooma i na całym poddaszu rozchodził się zapach smażonego mięsa. Cóż- profesjonalizm.
 Także oświetlenie było nienaganne. Rozmieszczenie świateł odegrało tu bardzo ważną rolę. Wyznaczało pory dnia, sygnalizowało zakończenie danej sceny i rozpoczęcie następnej. Mogłabym tak wyliczać bez końca. Jednym słowem właściwe oświetlenie odgrywające kluczową rolę, może zdziałać cuda i zahipnotyzować publiczość. Tak też było w tym przypadku. Kiedy scenę ogarniała ciemność, wstrzymując oddech czekałam co będzie dalej.
 Podstawą każdego spektaklu są bez wątpienia aktorzy, a co za tym idzie ich gra i sposób przedstawienia stworzonej przez nich postaci. Odtwórcy ról w Teatrze u Przyjaciół po raz kolejny mnie urzekli. Byli niezwykle wiarygodni. Tomasz Zajcher, który wcielił się aż w trzy role, każdą z nich odegrał bezbłędnie. Z niezwykłym opanowaniem wybrnął z małych, ledwo zauważalnych potknięć, w zasadzie-przejęzyczeń. Takie wczucie się w graną przez siebie postać, a w przypadku pana Zajchera kilka bardzo różniących się od siebie osób, co przysparza dodatkowe trudności, wymaga niezwykłego talentu, wyobraźni i swobody na scenie. Rozbudowana gestykulacja pani Emilli Kucz chwilami trochę mnie irytowała, ale później, mogąc przeanalizować tę kwestię z perspektywy całej sztuki, doszłam do wniosku, że Molly Bloom, która cały czas leżała w łózku, musiała jakoś zwrócić na siebie uwagę widza.
 Nie chcąc pominąć niczego istotnego, przez cały czas trwania sztuki obserowałam wszystkich występujących artystów. Młody mężczyzna, który niestrudzenie wystukiwał w kącie rytm na zabytkowej maszynie do pisania nie zaprzestawał gry aktorskiej nawet na moment.
 Mimo że nie brał przez większość spektaklu czynnego udziału w akcji, był jej częścią, mimo że pojawił się na scenie tylko raz, nie siedział bezczynnie za kulisami. To mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło. Czym byłaby sztuka bez odpowiedniej oprawy muzycznej? W „Dniu Blooma” wykorzystano utwór skomponowany przez absolwenta filologii polskiej na UAM i dziennikarza Radia Eska w Poznaniu, Artura Klimaszewskiego. Nigdy wcześniej nie słyszałam czegoś tak pięknego. Podobno dobra muzyka nie wyróżnia się, wtapia się w akcję, współgra z nią. To stwierdzenie sprawdziło się w przypadku „Dnia Blooma”.
 Jeśli miałabym polecić komuś sztukę godną zobaczenia, byłby to niewątpliwie „Dzień Blooma” w Teatrze u Przyjaciół. Zostałam bardzo mile zaskoczona taką formą teatru i nie przeszkadzały mi nawet poduszki zastępujące wygodne siedzenia. Wybaczam ścierpnięte kończyny. Po wyjściu wszyscy narzekali na zimno panujące u Bloomów, którego ja w ogóle nie odczułam! Skupiłam się tylko na przedstawieniu i na te dwie godziny nic innego nie miało dla mnie znaczenia. Pasja tych młodych ludzi i chęć kultywowania pięknej, aczkolwiek coraz silniej i skuteczniej wypieranej przez kino tradycji teatru przywróciła mi wiarę w to, że zawsze znajdzie się grupa osób, która „zaraża” swoimi ideałami i dążeniami, która daje dobry przykład.
 „Dzień Blooma” nie był dla mnie przedstawieniem, w którym aktorzy wyuczeni roli na pamięć zrobili swoje, wytrwali jakoś do oklasków i poszli do domu. Było to coś więcej. Nie przypuszczałam, że zwykła klasowa wycieczka do teatru może całkowicie zmienić moje wyobrażenie o tym rodzaju sztuki...Mogę więc z czystym sumieniem powiedzieć: „Dzień Blooma” warto zobaczyć. Natalia Szymańska, Ic

*** Gdy podczas lekcji języka polskiego pani profesor oznajmiła, że jest możliwość wyjazdu do teatru, od razu zerwałem się, aby i dla mnie starczyło miejsca w autobusie. Niestety, moje przypuszczenia co do tego, że wyjazd odbędzie się w godzinach lekcyjnych okazały się chybione i ze smutnym poczuciem łatwowierności spisałem ten dzień na straty. Teatr to dla mnie mimo wszystko nie pierwszorzędna rozrywka... Nadszedł dzień wyjazdu i zamiast odpalić na kompie ukochanego Warrocka (taka gra, polecam), musiałem przywdziać bardziej szałową odzież i iść na autobus. Atmosfera w nim oczywiście była luźna, wszyscy opowiadali dowcipy albo coś innego, wiadomo co robi młodzież na wycieczkach ;) Ale nie to jest najważniejsze. Na miejsce przyjechaliśmy około godziny 17.00 i po krótkiej chwili zaczął się spektakl. Jednak nie było to zwykłe miejsce, gdyż scena znajdowała się na strychu. Aktorzy wprowadzili nas na samą górę i przedstawienie zaczęło się na dobre. Już po pierwszych minutach spektaklu widać było, że jest wykonane w sposób niebanalny. Mogę powiedzieć nawet, że w sposób dostosowany do nastoletniej widowni. Większości młodzieży teatr kojarzy się z wielka sceną i balkonami, więc strych był naprawdę fajną alternatywą. Tym bardziej, że wyglądał jak mieszkanie. Panowała tam jedyna w swoim rodzaju atmosfera. Aktorzy przebrani w osobliwe stroje, ponura sceneria i wiatr dobiegający z zewnątrz powodował, że poczułem się cofnięty w czasie. Tematem sztuki był dzień z życia Blooma - głównego bohatera. Nie będę się wypowiadał na temat gry kilku występujących aktorów, wśród których była również jedna kobieta - praktykująca w naszej szkole. Myślę jednak, że ktoś kto zna się bardziej ode mnie, nie nudziłby się podczas sztuki, bo ku mojemu zdziwieniu, nawet sam się nie nudziłem. Myślę, że sposób wystawiania sztuki w taki nie klasyczny sposób w czasach, kiedy jest wiele zamienników teatru jest godny podziwu i ma sens. Jako uczeń mogę też powiedzieć, że jednak warto było jechać do teatru i odpuścić sobie te kilka godzin klikania myszką przy komputerku, gdy można tak spędzić czas. A na koniec i tak byliśmy w Mac'u :D Karol Dach 2 b;)
***
Ale się działo!!! Wstając rano, nie wiedziałam, że moje popołudnie będzie takie ekscytujące! O godzinie 16.00 spotkaliśmy się pod pniewskim LO. Na samym początku naszą uwagę przykuła ekstrawagancko ubrana pani profesor oraz jej klasa Ic. Otóż ich głowy przez cały wieczór zdobiły kapelusze, co nie jest przecież codziennością. Po wejściu do autobusu oraz sprawdzeniu obecności, ruszyliśmy w podróż, by po godzinie znaleźć się w Poznaniu. Po przejściu paruset metrów znaleźlismy się na ulicy Mielżyńskiego, gdzie znajduje się "Teatr U Przyjaciół". Ku zaskoczeniu wszystkich, jedną z głównych ról gra nasza praktykantka, pani Emilia Kucz. Należy zwrócić uwagę, iż scenariusz tego przedstawienia został napisany na podstawie powieści Jamesa Joyce'a, pt. "Ulisses", co jak można się domyslić, nie było łatwym zadaniem, gdyż przerobienie opisu zdarzeń na dialogi i akcję jest rzeczą wymagającą ogromnej pracy i determinacji. Jakież było nasze zdziwienie, gdy przed wejściem czekał na nas służący tytułowego pana Bloom'a i zaprosił nas do mieszkania państwa Bloom, które mieściło się na strychu pewnej kamienicy. Po wejściu do pokoju poczuliśmy się swobodnie i zasiedliśmy na widowni. Niektórzy z nas (ja też:D )siedząc na podłodze mogli się poczuć jak prawdziwi uczestnicy wydarzeń, gdyż nie było podziału na widownię i scenę. Scenografia zachwycała surowością i prostotą formy. Stroje aktorów odzwierciedlały klimat epoki. Rekwizyty użyte w spektaklu to zapewne efekt kilkumiesięcznej pracy i ciężkich poszukiwań. Gra aktorów była godna mistrza. Muzyka wykorzystana w przedstawieniu pomagała w odbiorze sztuki. W spektaklu można było dostrzec grę świateł. Niestety, jest też i minus. Po kilkunastominutowym, biernym siedzeniu poczułam skostniałe z zimna palce u stóp i rąk... I tutaj należą się wielkie brawa dla pani Emilii, która podczas przedstawienia miała bose stopy, a jej ciało okryte było przewiewną halką (!) Myślę, że spektakl zasługuje na chwilę uwagi, a całość można podsumować zdaniem, że "Teatr U Przyjaciół" jest teatrem awangardowym , ponieważ tylko tutaj nie dość, że znajdujemy się na strychu, to dodatkowo możemy być niejako uczestnikami spektaklu. Jagoda, kl. IIb
Z przyjaciółmi u przyjaciół.
Czwartek, jak to dzień po środzie, zapowiadał się tak jak zawsze… Lecz nie ten! Nie 15 października. Godzina 16.00. Pod Liceum. Marznie (sławna :)) 2 b i 1 c. Czekamy na autobus. Jedziemy do przyjaciół. Do „Teatru u przyjaciół”. W autobusie, jak zawsze - wesoło i gorąco. W Poznaniu najpierw udaliśmy się do niesamowitej kawiarni. Klimat tam panujący na długo utkwi mi w pamięci. Znalazło się też grono „lejków”, które musiało załatwić swoje potrzeby (tak, jak w przedszkolu :)). Stoimy na dziedzińcu wewnętrznym, rozbawieni, rozgadani, śmiejemy się i marzniemy. Wtem, podchodzi do nas pan w eleganckim surducie, trochę za obcisłych spodniach i strofuje nas za złe zachowanie. Wszyscy się trochę wystraszyli. A to właśnie tam był początek przedstawienia, które rozpoczęło się na dworze! Razem z aktorami wchodziliśmy po schodach coraz wyżej i wyżej, i jeszcze wyżej… Aż na strych, bo właśnie tam odbywał się ciąg dalszy przedstawienia. Część z nas usiadła na dywanach i poduszkach, a pozostali na krzesłach. Oglądaliśmy przedpremierowy spektakl pod tytułem „Dzień Blooma”, na podstawie powieści Jamesa Joyce’a pod tytułem „Ulisses”. Ukłony w kierunku scenarzysty, że z tak długiej i trudnej książki potrafił zrobić wspaniałe przedstawienie. Na początku pan w meloniku czytał gazetę. Doszedł do wniosku, że kto przeczyta swój nekrolog będzie najkrócej żył. Kilka chwil potem pan Bloom był na pogrzebie, a aktor w meloniku więcej nie pojawił się na scenie. Zagadkowa sprawa. Być może to był jego pogrzeb? Jak myślicie? Motywem przewodnim spektaklu była gazeta. To właśnie ona przewijała się wciąż na scenie. Niesamowita scenografia, spektakl na strychu i muzyka wprawiły wszystkich w osłupienie. Światło współgrało z akcją, raz paliło się mocno, innym razem gasło. Wspaniałe rekwizyty wprowadzały wszystkich w klimat. W tym przedstawieniu brało udział tylko pięciu aktorów, lecz jeden z nich grał aż cztery role. Musiał być niezwykle utalentowany, iż nie pomylił swych ról i tekstu. Jedną z aktorek była pani Emilia Kucz – praktykantka. Wspaniale odegrała ona postać żony Blooma. W „Teatrze U Przyjaciół” panuje niesamowita atmosfera, widz uczestniczy w przedstawieniu, ponieważ nie ma rozgraniczenia na scenę i widownię i siedzi się na poduszkach. Jedynym minusem był panujący tam chłód. Zimno. Wszyscy siedzieli w kurtkach. Po zakończeniu przedstawienia Miłosz wręczył pani praktykantce różę. Każda wycieczka nie obejdzie się bez McDonald’a, więc w naszej też nie mogło go zabraknąć. Na chwilę tam wstąpiliśmy, aby coś przekąsić. W cieplutkim autobusie czekał na nas pan kierowca. I tak około 20 wróciliśmy do domu. To był mile spędzony jesienny wieczór. Choć trochę zmarzliśmy, to opłacało się pojechać. To kiedy następny spektakl? :)
Donia
Więcej zdjęć pana Norberta Bryłki - wystarczy kliknąć :) |
Komentarze
Haha
A ja przeczytalam
Fajne :-))
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.